Spowiedź drogowego choleryka

O motoryzacji, a w szczególności o tym co mnie wkurza na drogach.

zapraszam do znalezienia i polubienia facebookowego profilu: https://www.facebook.com/lemurowy.blog na którym będą pojawiały się wpisy i krótkie komentarze dotyczące samochodów, jazdy i sytuacji na drogach :)

Nagły atak zimy

Brak komentarzy

Mamy styczeń. A nawet jego końcówkę. Mało tego, jest ona dość… zimowa. Dziwne. Przecież w styczniu zazwyczaj świeci słońce i jest plus dwadzieścia w cieniu. To tłumaczy, dlaczego zima zawsze zaskakuje drogowców.

Jednak do tej pory, kierowcy byli na nią przygotowani. Dlaczego w tym roku jest inaczej? Dlaczego pod moim blokiem, śnieg wywołał generalne poruszenie i pytania w stylu: „jak ja stąd wyjadę na letnich”? Dlaczego nagle wszyscy zaczęli jeździć z prędkością ślimaka polującego na sałatę?

Drogowcy się sprawdzili. Aż jestem zszokowany szybkością ich reakcji na pierwszy śnieg i tym, w jakim stanie utrzymywane są drogi. No, przynajmniej w Gdańsku. Stała się więc rzecz niesamowita- pierwszy raz uważam, że byli przygotowani na atak zimy.

Niestety, nagłe, niespodziewane i generalnie niemożliwe pojawienie się śniegu i mrozu w styczniu, postawiło pod znakiem zapytania kondycję psychiczną dużej części kierowców. Pojawiły się lęki spowodowane rekordowo niskimi jak na polską zimę temperaturami. W końcu minus cztery to nie przelewki. No dobra, teraz jest jakieś minus dziesięć, ale hej, przecież to zima.

Są też pozytywne aspekty tego ogólnopolskiego paraliżu i szoku. Oto, w kolejce na stacji benzynowej, możemy znaleźć przyjaciela na całe życie. W końcu, jak wiadomo, nic nie łączy ludzi tak silnie, jak wspólne nieszczęścia. W tym wypadku następstwem przeżywanej niedoli jest to wybieranie odmrażacza i skrobaczki do szyb. Wspólne pasje, takie jak poranne odśnieżanie auta, przy wyrazie twarzy nie kryjącym zdumienia, tylko cementują przyjaźń.

Co ciekawe, dzisiaj w Internecie znalazłem komentarz, mówiący o tym, że zamiast skrobać i odśnieżać auto, lepiej jest wybrać się do pracy rowerem. Nie zamierzam nawet z tym polemizować, bo to oczywiste. Więc stwierdzam: lepiej pojechać do pracy rowerem, niż skrobać auto. Bez dwóch zdań. W końcu, na rowerze zaoszczędzimy czas, który spożytkowalibyśmy na skrobanie auta. To zaleta tak przeogromna, że przyćmiewa fakt, że w samochodzie jest cieplej, wygodniej, sucho, mniej wietrznie. Same wady.

Kolejnym z problemów nagłego i niespodziewanego ataku, są nieodśnieżone chodniki. I tutaj zgodzę się z powszechną opinią na ten temat. Bez żartów.

I skoro zostawiliśmy za sobą „chodzenie”, czyli czynność bardzo niezwiązaną z motoryzacją, przejdę do tego, co jest piękne w ataku zimy. Śnieg na ulicach. Oczywiście, jeśli pada. Niska przyczepność, której boją się posiadacze prawa jazdy i którą kochają fani motoryzacji. No może poza motocyklistami. Ale oni mają lepiej w lato.

Widząc, co się dzieje w naszym pięknym kraju, gdy w styczniu przychodzi zima, czuję się w obowiązku, żeby Was ostrzec: pewnie gdzieś w kwietniu zima się skończy. Pamiętajcie o tym, jak wpadniecie na pomysł skrobania szyby, na której nie ma śniegu ani lodu.

We wrześniu kupiłem nowe auto. Przesiadłem się z pięcioletniego samochodu, na taki, który zaraz dobije do lat 13. Ktoś może stwierdzić, że zrobiłem ogromną głupotę. Fakt, podchodząc do tego czysto racjonalnie, był to przejaw skrajnej głupoty. Jednakże, jeśli spojrzymy na to z perspektywy fana motoryzacji… Zamieniłem samochód z napędem na przednie koła i czterocylindrowym silnikiem, na autko z napędem na tył i sześcioma cylindrami, więc uśmiech mi z twarzy nie schodzi.

A teraz, gdy spadł śnieg… Aż mam zakwasy na twarzy. Tak. Jeżdżę w poślizgu. Nie, nie jestem tym idiotą, który wczoraj sprawił, że skoczyło Ci ciśnienie. Staram się to robić z głową. Jeśli „driftuję”- o ile moje wyczyny można do tego porównać- to albo po parkingach, albo pustych ulicach. Nigdy nie składam auta, nie widząc czy zza zakrętu coś jedzie, czy ktoś idzie. Ale wolę parkingi, na których wszystko widać. I tu pojawia się problem.

Nie tylko ja sprawdzam swoje możliwości w takich miejscach. Robi to również policja. Generalnie nie mam żadnych zastrzeżeń, co do ich wizyt. Mam natomiast problem z ich zamiłowaniem do wypisywania mandatów. Oczywiście rozumiem sytuację, w której jakiś idiota leci złamany przez osiedle, a sprzed jego maski uciekają ludzie. Takiemu trzeba wlepić jak najwięcej. Ale w sytuacji, w której mamy pusty parking, oprócz gościa, który piłuje auto na ręcznym, albo uprawia drifting, nie ma żywej duszy w zasięgu wzroku… Co to komu przeszkadza? Po co policja?

W naszym pięknym kraju nie ma torów wyścigowych. Jest za mało szkół jazdy, za mało płyt poślizgowych, za mało torów kartingowych, za mało i za mało. Wielki problem stanowią kretyni wyprzedzający na podwójnej ciągłej, czy przekraczający tysiąckrotnie dopuszczoną prędkość. I nagle przychodzi zima. Czas, w którym w każdym z pasjonatów, budzi się czterolatek.

I ten czterolatek jedzie na parking, żeby chociaż przez chwilę poczuć się niczym Colin McRae. I ten czterolatek, podciągając hamulec ręczny aż pod pachę, ma przed oczami kolejne odcinki specjalne, po których pędzi zabójcze dwadzieścia na godzinę, pomiędzy krawężnikami parkingu, o którym świat zapomniał.
W tym momencie pojawia się policja. A dokładniej służbiści. Albo nie chcą, albo rzeczywiście nie dostrzegają naszego czterolatka. Widzą natomiast, jak pan w czarnej corsie, pędząc z prędkością równą piętnastu kilometrom na godzinę, zaciąga hamulec ręczny, doprowadzając do poślizgu. O nie! Tego za dużo. To będzie mandat za powodowanie zagrożenia w ruchu drogowym. Koniec i kropka.

Oczywiście są i Funkcjonariusze Policji, którzy zamiast atakować bloczkiem mandatowym, podjadą, porozmawiają, zwrócą uwagę, że bezpieczniej będzie latać dwadzieścia metrów dalej, powiedzą coś w rodzaju: „to bawcie się spokojnie”, i pojadą łapać przestępców.

Jeśli jesteś Funkcjonariuszem i czytasz to, co napisałem, mam do Ciebie prośbę- podejdź do nas jak do czterolatków, którzy właśnie dostali wymarzony rower. Dla nas to kilka dni szczęścia, w ciągu całego roku. A szczęście, z definicji nie wiąże się z opłacaniem mandatów.

Znaki zakazu parkowania to moim zdaniem najlepiej poustawiane znaki ze wszystkich. Z jakiegoś jednak powodu mnóstwo osób uważa inaczej. Weźmy sytuację pierwszą z brzegu. Zakaz parkowania z dopiskiem „nie dotyczy chodnika”. Niby prosta sprawa. Stajemy sobie na chodniku i po problemie. Jak można zauważyć na ulicach naszych pięknych miast- nie do końca. W zdecydowanej większości miejsc, w których spotykamy taki znak jest on niezbędny, gdyż w momencie, w którym na ulicę wystają dwa koła samochodu, nie da się przejechać obok auta jadącego z naprzeciwka. Najgorzej wygląda to w zimę. „odśnieżone” drogi z dwupasmowych nagle stają się półtorapasmowe, a do tego ktoś inteligentny inaczej zastawia część drogi, mimo wyraźnego zakazu. A ja stoję i obmyślam, co zrobiłbym temu magicznemu człowieczkowi, przez którego spóźniam się z dojazdem do celu, przez którego stoję i czekam, aż ktoś z naprzeciwka mnie puści. Moje zirytowanie to słaby argument?

A co z karetkami? Jak nie ma miejsca to i karetka nie przejedzie. A co tam, niech sobie umierają. A straż pożarna? Częsty widok na ulicach naszych osiedli. Zakaz parkowania i zastawione wszystko na tyle dokładnie, że ciężko osobówką przejechać. Pali Ci się mieszkanie? Spokojnie. To przecież nie jest takie ważne, dopóki masz gdzie zaparkować.

Wiem, mamy ogromny problem z miejscami parkingowymi, nie ma gdzie stanąć, zaparkować itd. Tylko dlaczego ja nigdy nie staję na zakazie i zawsze mam gdzie zaparkować? I to niezależnie od godziny. Dziwne, prawda?

Są oczywiście jeszcze lepsi agenci. Mały budynek wielorodzinny za ogrodzeniem? Brama? A po co? Przecież jak się postara to się przeciśnie. I stoi taki w bramie wjazdowej na podwórko. Przecież on zaparkował, to o co chodzi? A Ty? A Ty nieś dzieciaki/zakupy/babcię 300m do domu, bo pan musiał zaparkować na bramie, bo metr za nią to już nie wypada.

Myślałem, że przykład pana pod bramą to idealny przykład, aby pokazać jak ludzie potrafią mieć innych w głębokim poważaniu. Jednak przedwczoraj dostałem maila od znajomego. W mailu link do filmu z bardzo znanego serwisu internetowego. Na filmie autostrada. Nagle na lewym pasie zatrzymują się dwa samochody na niemieckich rejestracjach. Wysiada z nich kilku panów w pasiastych spodenkach na szelkach, w kapeluszach. Przechodzą przez barierkę oddzielającą ich kierunek jazdy od pasu zieleni na środku, wyjmują aparaty i robią zdjęcia, bo tak bardzo zafascynował ich widok… Oczywiście auta bez awaryjnych stoją dalej na lewym pasie autostrady…

Ludzie, nie utrudniajcie sobie nawzajem życia. A jak komuś szkoda czasu, na precyzyjne zaparkowanie czy przejście 3 metrów więcej, to może trzeba skrócić sobie sen o godzinę?

Znowu rowerzyści…

Brak komentarzy

Dzisiaj dość nietypowa sytuacja zmusiła mnie do mocnego zdjęcia nogi z gazu. Jeden z banków podniósł znacznie opłaty za prowadzenie konta. Niestety był to mój bank. Wszystkie środki przelałem więc na konto w drugim banku i przekonany o swojej zaradności poszedłem do bankomatu. W piątek. O 19.30. I zapomniałem, że nieużywana przez dwa lata karta płatnicza traci ważność. Zapomniałem też o tym, że placówki mojego nowego banku są zamknięte w weekendy. Z głowy wyleciało mi też to, że w domu nie ma co jeść, a w aucie świeci się rezerwa. Wymyśliłem więc, że do poniedziałku dojadę jakoś płacąc za jedzenie punktami i ostatnią złotówką, jaka była w portfelu.
Włączyłem tryb Eco-Emeryt-Snow-Mode i pojechałem do sklepu. Zrobiłem zakupy zostawiając jakieś 2000pkt. Payback i 46 groszy przy kasie, po czym jeszcze bardziej przeświadczony o swojej zaradności wsiadłem w auto i skierowałem maskę w stronę domu. I tutaj dochodzimy do właściwej części tej nudnej i długiej przygody.

Jakiś kilometr od domu zatrzymałem się na światłach. Skręcałem w lewo, w jednokierunkową ulicę. Za skrzyżowaniem zauważyłem rowerzystę przejeżdżającego przez przejście dla pieszych. Akurat nie było na nim nikogo, kto porusza się wykorzystując siłę tarcia podeszwy buta o asfalt, więc niech sobie jedzie. Skręciłem w lewo, zatrzymałem się na następnych światłach, a w oddali pojawił się ten sam rowerzysta, który zniechęcony dużą grupą ludzi idących po chodniku, postanowił zjechać na ulicę. Akurat nie było na niej nikogo, kto porusza się wykorzystując zjawisko spalania benzyny, ropy czy LPG, więc niech sobie jedzie.

Ulica ta jest dość wąska, a po prawej stronie, przed progiem zwalniającym, który znajduje się mniej więcej w połowie drogi od świateł do świateł, niemal zawsze stoją samochody.

Ruszyłem więc w kierunku domu i zacząłem zbliżać się do rowerzysty, który mimo, iż miał miejsce i czas, żeby zmieścić się przede mną, wymijając jednocześnie zaparkowane auta, postanowił się zatrzymać i mnie przepuścić. Moja wiara w ludzi znowu się włączyła. Niestety nie na długo, bo po 50 metrach dojechałem do progu zwalniającego. Z racji nowego autka i zaistniałej sytuacji budżetowo-kartowo-głupkowatej, progi zwalniające przejeżdżam bardzo powoli. Dodatkowo, jako że walczę ze stereotypem młodego i gniewnego kierowcy, przepuściłem starszą panią.

Nagle, z prawej strony, niemalże po kostkach biednej kobity, przeleciał rowerzysta. Bez świateł, bez odblasków i bez odrobiny pomyślunku. Do tego jednak się przyzwyczaiłem. Moje badania dowodzą, że 63% rowerzystów ma problemy z myśleniem, więc zakwalifikowałem go do większości i pojechałem dalej. Dalej, gdzie droga robi się odrobinę szersza i kierowcy ZAWSZE ustawiają się na dwóch pasach. Fakt, że między lusterkami nie przecisnęłaby się wtedy nawet Lindsey Lohan, a krawężniki po obu stronach są czarne od opon, dowodzi tylko dalece idącej współpracy między kierowcami dwuśladów i ich wzajemnego zrozumienia.

No właśnie… Dwuśladów, bo pan na rowerze postanowił jechać samym środkiem, tak żebym go przypadkiem nie wyprzedził. A że było pod górę, to nasza prędkość spadała. Tak samo jak ilość prądu zasilającego zielone światło znajdujące się na końcu ulicy. Jakieś 20 metrów przed skrzyżowaniem zapaliło się czerwone. Ja się oczywiście zatrzymałem. Ale mnie dotyczą przepisy. Rowerzystów najwyraźniej nie, bo pan wjechał na pasy dla pieszych, skręcił w lewo i pojechał chodnikiem. Gdy już udało mi się wyjechać na skrzyżowanie, zauważyłem w oddali tego samego człowieka, przecinającego ulicę w poprzek, celującego w bramę.

Najciekawszą rzeczą jest to, że nie zatrąbiłem ani razu. Ani jak rowerzysta wcisnął się między mnie, kobietę na przejściu i krawężnik, ani jak później dość skutecznie mnie blokował. Ani razu nie krzyknąłem żadnego ze staropolskich pozdrowień. Brak dostępu do pieniędzy potrafi bardzo ostudzić temperament. Dopiero w domu, jak otworzyłem piwo, coś we mnie pękło. Samolubny osobnik, mający w poważaniu mnie i trzech kierowców za mną… Dobrze, że niedługo kończy się sezon.

reklama :)

Brak komentarzy

Jako, że mam władzę, moc i potęgę na tym blogu- postanowiłem się zareklamować. Sprzedaję swoje ukochane autko, a oto link do ogłoszenia:

http://otomoto.pl/hyundai-i30-uczciwy-stan-i-przebieg-C30484185.html

16 Rajd Nowomiejski

Brak komentarzy

Witam wszystkich, po baaaardzo długiej nieobecności, którą usprawiedliwić muszę pracą, pracą i jeszcze raz pracą, która pochłonęła mnie na tyle, że nie miałem czasu porządnie się wyspać. Dzisiaj wrzucam link do filmu mojego autorstwa, który nagrałem na prośbę zaprzyjaźnionego Teamu Rajdowego Napcar Rally Team. Materiał zawiera mocne sceny i słownictwo. Obiecuję poprawę i profesjonalne komentarze w następnych filmach :)

zapraszam do oglądania i komentowania :)

Jazda na zamek

Brak komentarzy

Bycie kierowcą pośród posiadaczy prawa jazdy i samozwańczych szeryfów jest trudne. Drogi w budowie i zmiana organizacji ruchu też dokładają swoje do naszych codziennych przeżyć za kółkiem. I właśnie o tym chciałem dzisiaj wspomnieć.
Wyobraźcie sobie taką sytuację- jedziemy dwupasmową drogą i pojawia się znak, że za 500m jest zmiana organizacji ruchu i z dwóch pasów robi się tylko jeden. Trudno. Jakoś trzeba to przejechać.
Albo sytuacja sprzed dwóch lat, która sprawiła, że pół Olsztyna było wiecznie zakorkowane. Z mojego rodzinnego domu, do centrum można było dostać się tylko jedną drogą, gdyż most na drugiej drodze był w remoncie. Trudno, jakoś sobie poradzimy. Wyjeżdżam więc z osiedla i wjeżdżam na normalną ulicę. Dojeżdżam do skrzyżowania, a za nim cały prawy pas stoi. Lewy oczywiście pusty, bo z lewego nie dojedziemy do centrum. Znowu dwie opcje- albo stoimy na prawym przez następne czterdzieści minut, albo wskoczymy na lewy i będziemy błagać, żeby ktoś nas wpuścił przed następnym skrzyżowaniem, za którym znowu cały prawy pas stoi, a lewy jest pusty. I tak jeszcze dwa razy. Ale nikt nas nie wpuści. A, przepraszam. Wśród tych wszystkich ludzi mających problemy z logicznym myśleniem, zawsze znajdzie się ktoś, kto pomoże nam wjechać na odpowiedni pas. Reszta zwyzywa nas chociażby na CB-radiu, od „cwaniaków”, dodając do tego kilka słów, które w średniowieczu opisywały „frędzle” przy ubraniu. Gdyby ktoś nadal miał problem z identyfikacją słowa, dodam że jego nieco mocniejsza wersja brzmi podobnie do słowa „wuj”.
Dlaczego jak gdzieś kończy się jeden z pasów, to na tym, który jedzie dalej, zawsze stoi ogromna kolejka? Dlaczego zawsze musi się trafić jakiś „szeryf”, który będzie wstrzymywał ruch na całym pasie, żeby tylko nikt nie mógł wyprzedzić ludzi, którzy zamiast pomyśleć i dojechać do zwężenia oboma pasami, teraz stoją w korku?
Rozumiem, że kiedyś stawało się w kolejce po mięso już o czwartej rano. Ale jeśli jest możliwość zmniejszyć korek o połowę, to dlaczego z niej nie skorzystać? W cywilizowanej Europie tak się właśnie jeździ. Dojeżdżamy do zwężenia, na obu pasach równa ilość samochodów, i na pasie, który ciągnie się dalej nagle robi się miejsce. Tyle miejsca, żeby przed każde „prawe auto” wjechało jedno „lewe”. Brak korków, wszystko jedzie płynniej i szybciej. Tam nikt nie pomyśli, że człowiek jadący pasem, który nagle się kończy jest jakimś cwaniakiem itd.
„To nie można grzecznie odczekać w kolejce, jak wszyscy?” – takie pytanie pada dość często. Jeśli na stacji benzynowej są czynne trzy kasy, to pewnie wszyscy powinniśmy stać w kolejce do jednej kasy, tak żeby reszta obsługi stacji się nudziła?
Ktoś powie, że przecież jadący pasem, który się kończy, ZAWSZE się wpychają. No to się pytam: jak mam się nie wpychać, jeśli nikt mnie nie wpuszcza? Skąd się bierze ten przejaw skrajnego debilizmu? Przecież wpuszczenie jednego auta to strata… dwóch sekund? Poza tym mówienie, o wpychaniu się zawsze, daje nam wszystkim do zrozumienia, że głoszący takie tezy właśnie wybrał się w najdłuższą w życiu podróż, czyli wyjechał ze swojej gminy.
Ale nie. Lepiej półtorej godziny spędzić w kolejce, niż pojechać oboma pasami. A stójcie sobie ile chcecie.
Poprzedni akapit miał zakończyć mój wywód, jednak muszę dodać, że na szczęście się to zmienia. Jak zaczynałem jeździć, blokowanie kończącego się pasa, na kilometr przed zwężeniem było standardem. Teraz na szczęście raczej jest to rzadkość. Ogromne zasługi, w ucywilizowaniu stylu jazdy, należy przypisać… Kierowcom zawodowym. Tak, tak. To oni zazwyczaj wpuszczają jadących na zamek. Oczywiście ja również ZAWSZE wpuszczam jedno auto. Niezależnie od tego, czy jest to tzw. TIR, autokar czy Smart.

Na początku- skąd taki tytuł? To proste. Nikt do końca nie wie, czy majtki w rozmiarze 7XL to jeszcze majtki, czy już spadochron. Tak samo jest ze Skodą Octavią, której najnowsza generacja plasuje się pomiędzy kompaktami, a autami klasy średniej.

Piątek, 11:00 (a w zasadzie 11:30, bo pół godziny stałem w korkach), wchodzę do salonu Skody w Sopocie, należącego do Auto Lellek Group. Pan Radosław Cienkusz wita mnie słowami: „Mam dla pana niespodziankę”. Byliśmy umówieni na test nowej Octavii 1.4TSI. Jaką niespodziankę- pomyślałem- czyżby Skoda wypuściła jakiś nowy model, o którym nikt nie wie? Zanim dowiedziałem się o co chodzi, musiałem odpowiedzieć na pytanie: Manual czy automat? Dawno nie jeździłem DSG, więc szybka decyzja. „W takim razie mam dla pana 1.8TSI ze skrzynią DSG”. Dobra niespodzianka. 180koni, silnik z którym miałem okazję współpracować w poprzedniej generacji, i bardzo mi się spodobał, wielowahaczowe zawieszenie z tyłu, liftback, 7.4 sekundy do setki…

Octavia odwiedziła garderobę. I dobrego stylistę. Widać to na pierwszy rzut oka. Już nie nosi tenisówek do garnituru. Ten nowy, jest skrojony na miarę. I wygląda bardzo elegancko. Jej styl może przypominać styl Audi. Diodowe paski w przednich reflektorach, nawet przy braku słońca nie wyglądają jak lampki choinkowe, a jak eleganckie dopełnienie przedniego pasa. Diodowe tylne światła, w których diody układają się w literę C, nie sprawiają, że zastanawiasz się, na którym szrocie ostatnio pojawił się jakiś „stjuningowany wóz”, wręcz przeciwnie. Całość tworzy bardzo spójny i elegancki obraz. Duży plus.

Auto z zewnątrz jest spore. W końcu trafia idealnie między dwie klasy. Jak jest w środku? Materiały bardzo wysokiej jakości i rewelacyjne spasowanie. Znam człowieka, który odrzuci to auto za drzwi, na których w zasadzie nie ma żadnego materiału, a sam plastik, ale nie przeszkadza to jak… No właśnie. Jak co? Nie znalazłem niczego, do czego mógłbym się przyczepić. Obsługa auta jest prosta i jeśli nie załapiesz od razu, jak działa tempomat, to drugie włączenie będzie już w pełni kontrolowanym. Czepiałbym się jedynie komputera, którym można sterować za pomocą ogromnego (7”) ekranu, znanego z VW. Robi wrażenie, ale ilość jego opcji to temat na wieczorną posiadówkę z piwem, a nie jazdę. Bez problemu zorientujemy się w bardzo czytelnych zegarach, a nawigacja Columbus zaskoczy nas szybkością reakcji i obliczania nowej trasy. Cieszy też skonstruowany specjalnie dla Octavii zestaw audio firmy Canton. Do tego regulowany podłokietnik i duży schowek na okulary. I oczywiście zaskakująco szerokie i wygodne fotele. Tyle z przodu.

Z tyłu… Mnóstwo miejsca jak na auto kompaktowe. Nie porównywałem tabelek, ale jak na auto klasy średniej, nie byłoby źle. Trzy osoby obok siebie będą miały gdzie wsadzić nogi, i raczej nie powinny narzekać na ciasnotę. Jeśli jedną zostawimy gdzieś po drodze, to dwie skrajne będą mogły cieszyć się cupholderami ukrytymi w rozkładanym podłokietniku. Co ważne- tylne drzwi otwierają się bardzo szeroko i są stosunkowo długie. To ułatwi np. zamontowanie dziecka w foteliku.

Bagażnik… 590 litrów. Słownie: pięćset dziewięćdziesiąt. To tyle, ile mieści się w basenie olimpijskim. Jest ogromny. Na burtach ma przydatne haki i uchwyty, oraz dwie „skrzyneczki”. Do tego otwór do przewozu nart. A przecież jest jeszcze kombi…

Czas odpalić silnik. Ktoś może zapytać, po co komu w rodzinnym aucie 180 koni? Nie wiem. Nie jestem w stanie tego wytłumaczyć, ale to ma sens. Silnik, podobnie jak jego poprzednia, słabsza odmiana, pracuje bardzo kulturalnie i przyjemnie. Pcha samochód z niedźwiedzią siłą już od najniższych obrotów, ciągnąc bardzo równo aż do czerwonego pola na obrotomierzu. Przyznam się, że nie lubię doładowanych jednostek. Ale ten ciągnie dokładnie tak, jak oczekuję tego od silnika wolnossącego. Równomiernie rozwija moc i utrzymuje „ciąg” przez cały czas. Robi to, jednocześnie nie budując dramaturgii sytuacji. Nie ma wycia, nagłych kopniaków w plecy od momentu obrotowego. Jest przyspieszenie, które sprawia wrażenie bezpiecznego i liniowego. Dzięki temu nie usłyszysz od swojej ładniejszej połówki, że zdecydowanie przesadzasz z prędkością. Ja trochę przesadzałem, a trochę jechałem normalnie i spaliłem 8,7l benzyny na 100km. Moim zdaniem rewelacja. Zdaniem pana w nowym BMW 5 chyba też, przynajmniej taką miał minę, jak zmieniałem pas na obwodnicy trójmiasta i postanowiłem wcisnąć się między niego, a kogoś przed nim.

Pomaga w tym wszystkim skrzynia DSG, która – według mnie- wciąż stanowi wzór, niezależnie od modelu. Absolutny brak szarpnięć i szybkie reakcje na wciśnięcie gazu i ręczne redukcje biegu. Chociaż zauważyłem, że redukcja trwa dłużej niż wbicie wyższego biegu. Dodatkowo cały zespół zaprogramowano tak, że nie da się wkręcić silnika „do odcięcia”. Czy to dobrze…? Na pewno pomoże to standardowemu kierowcy. Tak samo jak możliwość wyboru między trybami Sport i Drive. O oszałamiających różnicach można zapomnieć, ale poprawiają samopoczucie i trochę jednak zmieniają charakterystykę pracy skrzyni, co pomaga pojechać szybko, albo utrzymać jak najniższe spalanie. Pomagają też elektroniczni stróże. ABS, ESP, kontrola trakcji, komputer który zaparkuje bez naszego udziału, hamulec multikolizyjny…

Jak już skończysz się spieszyć, zauważysz że działa coś takiego, jak system start-stop. I robi to bardzo przyjemnie. Silnik budzi się do życia dość leniwie, a przynajmniej tak można to odebrać. Nie ma bujania całym autem czy zauważalnego podniesienia poziomu hałasu w aucie. Dostrzeżesz, że układ kierowniczy to precyzyjne narzędzie, które teoretycznie przekazuje jakieś informacje o drodze. Stojąc w korku pobawisz się elektrycznie ustawianym fotelem, a czekając na zimę, zauważysz że hamulec ręczny to nie jakieś elektryczne ustrojstwo, ale prawdziwy ręczny „hebel”. Jeszcze tylko znaleźć bezpiecznik odpowiedzialny za ESP…

Jadąc po mieście docenisz sprężyście i cicho pracujące zawieszenie. Całość mogłaby jednak nieco lepiej trzymać tył auta na wybojach.

Żona i teściowa nie zarzucą Ci, że na wakacje pędzisz jak wariat, bo Octavię wygłuszono całkiem nieźle, a jedynym drażniącym odgłosem jest odgłos powietrza, opływającego lusterka. Poza tym, czołówka klasy kompakt.

Dlaczego tak bardzo chcę porównać Octavię do mniejszych aut? Dlatego, że kosztuje podobnie ( od 59500. Dlatego, że wyrosła z klasy kompaktowej. I dlatego, że jadąc nią, masz wrażenie, że prowadzisz auto wielkości Golfa, i30, Megane, czy Astry. I to jest jej przewagą. Jest większa, przestronniejsza, a jednak taka sama jak dawno temu. Jest autem, które zdecydowanie miałoby swoje miejsce w moim garażu. Jako codzienny środek transportu, który dwa razy w roku zabrałby mnie i moją rodzinę na wakacje. Po prawej od auta zbudowanego do jazdy po torze i po lewej od prawdziwej terenówki. Tam jest miejsce samochodu, który punktuje bardzo równo, jednocześnie pokazując, co znaczy dobry stosunek jakości i przestronności do ceny.

Przez nachalny, wręcz chamski marketing, uskuteczniany przez sporą część portali internetowych i czasopism, byłem jej przeciwnikiem. Teraz stwierdzam- porządne auto. Na tą chwilę nie ma konkurencji, bo jest albo za duże, żeby stanąć do bezpośredniego porównania z kompaktami, albo za małe, żeby konkurować z klasą średnią. Więc klienci Octavii dzielą się na tych, którzy szukają czegoś pomiędzy klasami i na tych, którzy zaraz zorientują się, że szukają czegoś pomiędzy… Dodatkowo w tej wersji jest na tyle mocna, że spełnia wymagania i głowy rodziny i kogoś, kto lubi po prostu jeździć, a to nie jest prosta rzecz.

galeria:

https://plus.google.com/photos/109735872059014393079/albums/5890599871847512273

Zbuduj sobie Ferrari

3 komentarzy

Jeśli czytasz moje testy, być może interesuje Cię konkretne auto. Jeśli czytasz moje felietony- pewnie interesuje Cię Motoryzacja. Jeśli interesuje Cię Motoryzacja- chciałbyś zapewne mieć szybkie i wygodne auto. Ale jak to zrobić? Czy w ogóle można poprawić coś, co obliczyli inżynierowie? Jak to zrobić, żeby czegoś nie zepsuć? Najprościej jest kupić szybszy i bardziej komfortowy samochód. A co, jeśli nie chcemy zmieniać auta?

Wtedy przed oczami powinien nam się zapalić olbrzymi neon z napisem „TUNING”. To słowo kojarzy się i dobrze, i źle. Dobrze- wszystkim pasjonatom. Źle- ludziom, którzy wśród wielu aut mijanych na ulicy, zapamiętują te, które wyją na całe miasto, a nie przyspieszają w ogóle. Drugim przypadkiem nawet nie będę próbował się zajmować, po dokładniejsze informacje odsyłam do wujka google i wyszukania hasła „wieśtuning”.

Ten prawdziwy Tuning to przepiękna sprawa. Praktycznie każdą część swojego auta możemy zamienić częścią bardziej wytrzymałą, o lepszej charakterystyce pracy (ma być sportowo? A może komfortowo?), lżejszą, a ogólnie rzecz ujmując- bardziej odpowiadającą naszym wymaganiom. Tuning przeprowadzony z głową, przy użyciu porządnych, niekoniecznie najdroższych części, to gwarancja zadowolenia i satysfakcji z auta.

Niestety, to również straszna choroba. Gwarantuję, że po każdej dobrze wykonanej modyfikacji, banan na twarzy będzie się powiększał, tak samo jak potrzeba następnych zmian. Ja sprzedawałem swoje auto już kilka razy, ale proste sztuczki utwierdzają mnie w przekonaniu, że jest to świetny samochód i nie zamierzam się go pozbyć. Powoli, w miarę możliwości finansowych zmieniam w nim wszystko, co mnie denerwuje.

A co możemy zmienić? W zasadzie wszystko. Nie podobają Ci się zderzaki w Twoim aucie? Wpisz w wyszukiwarkę markę, model i dodaj do tego „body kit”, a na monitorze pojawią się różne propozycje. Od zderzaków, które zimą pomogą Ci odciążyć pługi, po aerodynamiczne perełki, dociskające auto do ziemi podczas jazdy.

Lampy wyglądają zbyt banalnie? Tutaj też znajdziemy mnóstwo propozycji.

Może samochód jest za wolny? Modyfikacje silnika to bardzo przyjemny, ale i nietani temat. Najbardziej popularne są tak zwane „czipy” w turbodieslach. Nic nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy takiego czipa zrobili w turbobenzynie. W wolnossącym silniku będzie już gorzej, ale wszystko opiszę w swoim czasie.

Za wolno na zakrętach? Zmieniamy sprężyny, amortyzatory, ale przede wszystkim koła z oponami…

W końcu będziemy musieli zahamować. Do każdego auta dobierzemy lepsze klocki, tarcze czy nawet całe zaciski hamulcowe, które przeniosą nas w świat opóźnień znany z filmów science-fiction.

A może najważniejsze dla Ciebie, jest komfortowe pokonywanie długich dystansów? Wtedy przydałoby się, żeby auto było ciche.

Jest jeszcze jedna opcja- jeździsz terenówką i problemy typowe dla „plaskaczy” są Ci obce. Wtedy przydałyby się lepsze opony? A może wyższe zawieszenie? Jakieś blokady dyferencjałów? Wyciągarka? Snorkel?

To wszystko mieści się w szeroko rozumianym Tuningu. Musimy jednak pamiętać, że istnieje Tuning i tuning. Postaramsię opisać każde zagadnienie najlepiej jak będę potrafił. A jeśli nie będę potrafił- jest mnóstwo ludzi mądrzejszych ode mnie, którzy chętnie dzielą się wiedzą. Postaram się opisać wszystkie plusy i minusy modyfikacji, oraz to, jak to wygląda w codziennym użytkowaniu samochodu.

Zawsze przed zlotem, treningiem, czy zwykłą pojeżdżawką powtarzam: „W takich miejscach i momentach wszyscy jesteśmy kumplami, bo łączą nas auta”. Tuningowa brać zawsze pomoże, więc liczę na Waszą pomoc :)